wtorek, 17 lutego 2015

Part 7

                        *Narrator*
Shelley wstał wcześnie...  Wiedział, że dziesiejszego dnia czeka go wyścig na śmierć i życie... nie chciał się jednak wycofać... nie stchórzyłby...  to zniszczyłoby jego reputacje. 
                               *Jai*
Teraz Nath już chyba nigdzie nie jest bezpieczna... Wprowadziłem się do niej, no bo jakąś ochronę MUSI mieć. Dzisiaj są wyścigi samochodowe na mieście... zero zasad, zero pobłażania...  Muszę zabrać Nath ze sobą... może i nie będzie w stu procentach bezpieczna, ALE będzie bezpieczniejsza...  z racji tego, że zostało się niewiele do wyjścia poszedłem obudzić dziewczynę. 
- Nath wstawaj... musimy wyjść... 
- Cooo??  Po co? Człowieku jest krótko po siódmej. Gdzie ci się pali? - wymamrotała pod nosem co wyglądało przesłodko. Jednak trzeba wrócić do rzeczywistości. 
- Tak, wiem... jest wcześnie. Jednak są... wyścigi... takie... nie do końca... legalne...  A przy mnie jesteś bezpieczna, więc jedziesz ze mną... - dziewczyna zerwała się do pozycji siedzącej i wytrzeszczyła oczy. 
- CO?! Posłuchaj Brooks!  Mieszkasz tu, miałeś mnie zabić, dyktujesz mi czy mogę wychodzić do klubów, a teraz wciągasz mnie w to bagno?!  Nie przesadzasz?!  - Krzyknęła energicznie gestykulując rękoma. 
- Nath... to dla twojego dobra. Wiem, że przyzwyczaiłaś się do życia... emmm...  bezpieczniejszego od mojego, ale...  Nie możesz się wycofać... nie ja jeden na ciebie polowałem...iiiii... dobrze będzie jeżeli będziesz się trzymać bliżej mnie... 
- Taaak, jaaasne. Coś jeszcze? - mruknęła, a ja ni stąd, ni zowąd przytuliłem ją mocno i wyszeptałem w jej włosy: 
- Będziesz bezpieczna... obiecuje... 
                       *Nath*
Pomimo tego, że tak bardzo denerwuje mnie Jai... ufam mu. Mało to, czuje, że jestem przy nim bezpieczna... Kiedy chłopak opuścił moją sypialnię poszłam do toalety robiąc wszystko to, co zawsze rano i przebierając się w to:
          *Narrator*
Zawodnicy zaczęli zbierać się na starcie... Nath mocno przytuliła Jai'a szepcząc mu do ucha "Wróć... ", chłopak obiecał, że wróci... bo Pierwszy raz ma dla kogo... Dziewczyna odsunęła się na przód wiwatującego tłumu... rozglądając się wzrok zawiesiła na nim... to chłopak, który ma TEN czarujący uśmiech... to Geo...  dziewczynie serce podeszło do gardła... On? Kim on jest?...  Teraz doszło do niej, że chłopak był nieszczery wobec niej... przemyślenia Dabrowsky przerwał warkot silników i pisk opon... ruszyli... a więc się zaczęło... z racji tego, że ulice nie do końca opustoszały było o wiele trudniej i niebezpieczniej... Czarnowłosa mocno zaciskała pięści próbując choć w jak najmniejszym stopniu opanować strach, który nią zawładnął... po około dziesięciu minutach dwa samochody wyłoniły się na prowadzenie... Jai i Geo... Brązowooka nie była w stanie wytypować, który wygra...
Jechali równolegle, lecz z jednej strony wyjechała duża ciężarówka... doszło do zderzenia czołowego... Nath zamarła...  wiedziała, że w tym samochodzie był ten chłopak z anielskim uśmiechem... TEN, którego przed chwilą nienawidziła, a teraz tak bardzo ściska jej serce... Nie zorientowała się kiedy Jai przyjechał na metę pierwszy.
Po policzku Dabrowsky spłynęła łza...  czysta, niewinna łza... łza, która oddaje jej cały ból i cierpienie... Po chwili przy jej boku stanął Jai.
- Nath... Wra... wracajmy... - uścisnął dłoń dziewczyny.
- Oooon... nie żyje... GEORGE NIE ŻYJE!
- Nath... ty go znałaś? Ale... tak żeby za nim tęsknić?... - Mina Jai'a była przekomiczna,lecz w tamtej chwili nikomu nie było do śmiechu...  Ani Jemu, ani Jej... Tłum rozszedł się, zostali sami. Nikt nie wpadł na to żeby zadzwonić po pogotowie, bo wszyscy wiedzieli, że było za późno... Jednak dziewczyna pobiegła do roztrzaskanego samochodu, a za nią Jai, który pomógł odchylić wgięte drzwi auta. Nath delikatnie wysunęła pocharatane ciało chłopaka. Spojrzała na jego niegdyś nieskazitelną twarz teraz umazaną krwią i błotem... Nie oddychał... nie żył...  jego ciało, choć przy niej duchem już w gwiazdach... Jai niepewnie się odezwał
- Nath... pora wracać... - Głos mu się łamał. Tak, Jai'owi Brooks'owi łamał się głos... może i go nienawidził, ale szacunek miał... i w dodatku widok dziewczyny... Smutnej i zapłakanej...
- On umarł Jai... Choć był mi praktycznie obcy... już nigdy nie spojrzę mu w oczy... Jai...  ON UMARŁ...  - dziewczyna zaszlochała. Chłopak nic nie odpowiedział, tylko uścisnął dziewczynę.
- Byłby z ciebie dumny...  - mruknął po chwili. - Wracajmy...  zimno się robi.  - Powiedział po czym Nath ostatni raz uścisnęła zimną i bladą rękę chłopaka.
Kiedy wrócili do domu Dabrowsky pobiegła do swojej sypialni zamykając się w niej...
                               *Nath*
Bóg jest okrutny... zabrał go... zabrał chłopaka, którego tak bardzo chciałam poznać... Oszukał mnie... jednak czy teraz ma to jakiekolwiek znaczenie?  Przecież jego już nie ma... już nigdy go nie zobaczę... nasze pierwsze spotkanie... jego... jego uśmiech i piękne oczy... 
W tym momencie rozpłakałam się jak dziecko... widząc wtedy jego bladą twarz... spierzchnięte usta... zamknięte powieki... choć praktycznie wcale go nie znałam... zapamiętam go na zawsze...  ponieważ takiego chłopaka nie sposób jest zapomnieć... 
😍😍😍😍😍😍😍😍😍😍😍😍😍😍
Domyślam się że tego się nie spodziewaliście:D smutnoo;-; biedny Geo <3 jednak nie chcialam tej monotonni.:)) Mam nadzieję że mi wybaczycie <33 

4 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. No dzięki.;p smutny trochę też xD... dobra bardzo. XD

      Usuń
  2. Smutaśny, wiem... ;c dodając tą część chciałam ją usunąć i pisać nową gdzie Geo by żył. ;____;

    OdpowiedzUsuń